
Zatem z dniem 5-tym stycznia już Nowego 2009 roku udałem się złożyć podanie o wizę. Po fascynującym dniu zajęć na moim cudownym wydziale w końcu jakaś rozrywka. Ulica Szwoleżerów 6... nic mi to nie mówiło. "Od czego jest googlemaps" - pomyślałem. Traf chciał, że autobus docelowy startuje spod uczelni.
Dobra koniec nudów.
Dojechałem na miejsce. Ambasada jak ambasada. Potężny budynek, stary ochroniarz i wysoki odstraszający płot. Po zameldowaniu się u stróża porządku, udałem się do specjalnej sekcji wizowej, która zaskoczyła mnie już u samego progu trzema parami automatycznych drzwi na zawiasach. Na całe szczęście uszedłem z życiem.
Wewnątrz powitała mnie Pani Koreanka, swoją drogą całkiem nieźle władała polskim, przedstawiłem jej dokumenty i utwierdziła mnie w przekonaniu, że należy wypełnić podanie. Trwało to krótko, 15 min. Ale czegoś mi tu brakowało. Fakt, przecież nie mam pieniędzy. "Przepraszam Panią, gdzie jest najbliższy bankomat?" - zapytałem. "Nie wiem, nie wiem". - odpowiedziała. "Aha, wracam za moment." - odpowiedziałem nieco zniechęcony. Raz, dwa udało mi się wypłacić pieniądze. 280 zł. Po 20 minutach mojej nieobecności już ktoś zdążył umilić towarzystwo specjalistce od wiz. Koreańczyk z Polką. Moja pierwsza myśl małżeństwo. Oczywiście ciekawość nie pozwoliła mi milczeć. Spytałem więc. Okazało się, że żółty Pan był szefem warszawskiego oddziału LG, a jego towarzyszka jedynie pracownicą działu marketingu. Szkoda. Myślałem, że poznam ciekawszą historię.
Ostatecznie 5 minut przed zamknięciem ambasady złożyłem podanie, a decyzja ma zapaść w ciągu najbliższego tygodnia. Chodzi o kwestie formalne tj. głównie telefon do Korea University potwierdzający oryginalność dokumentów.
Czekam zatem i za 39 dni 서울 mnie przywita.

Do "żółtego Pana" droga prowadzi zazwyczaj przez sekretariat. Mam nadzieję, że podtrzymałeś rozmowę na tyle, aby wymienić się kontaktami. To w przyszłości pomoże Ci łatwiej do niego dotrzeć, gdybyś chciał z LG współpracować.
OdpowiedzUsuń